wersja dla niedowidzących wersja dla niedowidzących
  • projektowanie stron www
  • pozycjonowanie
  • optymalizacja
  • aktualizacja
  • administrowanie
Spółdzielnia Socjalna
WwwPromotion
Spółdzielnia Socjalna WwwPromotion




Raport o spółdzielniach socjalnych...


"Tam miała być praca..."
tekst opublikowany w Magazynie "Obywatel" nr 6 / 2006 z dnia 21.11.2006 r.

Spółdzielnie socjalne to nowa forma działalności gospodarczej, powstała z myślą o osobach wykluczonych społecznie. Mimo szumnych zapowiedzi, lepiej niestety prezentują się na papierze niż w rzeczywistości. I zazwyczaj w niewielkim stopniu jest to wina tych, którzy zdecydowali się je założyć.

Spółdzielnie socjalne miały powstawać dla tych, którzy mają niewielkie szanse na "normalne" zatrudnienie. Idea jest następująca: jeśli osobom wykluczonym społecznie (np. z powodu wieku, długotrwałego bezrobocia czy braku wykształcenia) stworzy się korzystne warunki do prowadzenia działalności gospodarczej, to ci, którzy naprawdę będą chcieli, dostaną szansę, by odbić się od dna. Spółdzielnie mają dać możliwość uzyskania dochodów, a jednocześnie pomóc wrócić do społeczeństwa: zerwać z nałogiem, odzyskać poczucie własnej wartości itp. Dodatkowym argumentem był aspekt finansowy: spółdzielnie są szansą na przywrócenie samodzielności tym, których do tej pory utrzymywać musiało państwo, np. w formie opieki społecznej. Wszystkie te założenia sprawdziły się w praktyce w wielu krajach "starej Unii", gdzie spółdzielnie socjalne funkcjonują od lat. Szczególnie spektakularnym przykładem są Włochy, gdzie istnieje ich ok. 4,5 tysiąca. W całej Unii ponad 130 tys. takich spółdzielni pomaga obecnie prawie 2,5 mln ludzi wyjść z wykluczenia społecznego.

Co jest grane

Do założenia spółdzielni socjalnej trzeba minimum 5 osób (nie więcej jednak niż 50), z których zdecydowana większość musi spełniać ustawowe kryteria - są to m.in. bezrobotni, bezdomni czy byli więźniowie; członkiem spółdzielni mogą być także organizacje pozarządowe i gminne osoby prawne. W odróżnieniu od "normalnych" przedsiębiorstw, działalność gospodarcza spółdzielni, choć przynosi korzyści ekonomiczne, nie ma na celu pomnażania zysku. Koncentruje się przede wszystkim na celach społecznych, jak wprowadzanie na rynek pracy osób zmarginalizowanych. Dochody spółdzielni przeznaczane są na pensje, a ewentualna nadwyżka bilansowa (czyli zysk z okresu roku bilansowego) w nie mniej niż 40% na fundusz zasobowy i w minimum 40% na społeczną i zawodową reintegrację członków spółdzielni (pozostała część przeznaczana jest na jej fundusz inwestycyjny).

Aktualnie w Polsce działa kilkadziesiąt takich podmiotów i cały czas powstają nowe. Zajmują się bardzo różną działalnością: od prac budowlanych i usług porządkowych, przez catering i opiekę nad osobami starszymi, do tworzenia stron WWW i wykonywania nadruków na koszulkach i czapeczkach.

Niestety, choć spółdzielnie socjalne przywołuje się ostatnio przy różnych okazjach, praktyczna realizacja tej idei napotyka na wiele przeszkód. Spółdzielnie nie dają sobie rady na rynku, a ich kłopoty zniechęcają wielu potencjalnych członków już na etapie rejestrowania działalności.

Kiepskie prawo, ale prawo...

Podstawą prawną funkcjonowania spółdzielni są Ustawa z dnia 27 kwietnia 2006 r. o spółdzielniach socjalnych, która zaczęła obowiązywać 6 lipca oraz ustawa z dnia 16 września 1982 r. - Prawo spółdzielcze. Wcześniej, aby założyć spółdzielnię, trzeba było powoływać się na trzy różne akty prawne. Ustawa, której uchwalenie poprzedziła długa walka, oceniana jest niejednoznacznie. Powszechne jest odczucie, że choć porządkuje pewne sprawy i rozwiązuje część problemów, wiele zostało po staremu.

Spółdzielcy doceniają w nowej ustawie np. zapis, że dochody przeznaczane na działalność statutową są zwolnione z podatku, a w pierwszym roku działalności możliwe jest uzyskanie zwrotu pieniędzy na składki ZUS. Doceniana jest także możliwość prowadzenia statutowej działalności odpłatnie.

Krytykowany jest za to sposób wspierania nowych spółdzielni. Ich założyciele i członkowie mogą ubiegać się o dofinansowanie ze środków publicznych. Ci pierwsi mogą ubiegać się o sumę nie większą niż 300 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, przystępujący do spółdzielni już istniejącej - o 200 proc. Pojawiają się głosy, że dotacje są zbyt niskie, m.in. skazując spółdzielnie socjalne na wykonywanie jedynie prostych prac. Na dodatek środki są mniejsze niż te, które z urzędów pracy otrzymują osoby chcące zająć się "normalnym" biznesem (mogą otrzymać 12 tys. zł), a dotyczą ich większe rygory - w przypadku likwidacji spółdzielni przed upływem roku pieniądze trzeba bowiem zwrócić wraz z odsetkami. - "Gdzie tu logika i obrona interesu publicznego. Dotacje wszak pochodzą ze środków publicznych" - denerwuje się Marek Majewski z Pionkowskiej Spółdzielni Socjalnej "EKO".

Wśród innych krytykowanych zapisów ustawy jest wymóg prowadzenia pełnej księgowości. Wielu bezrobotnych może to odstraszyć od założenia spółdzielni, dla innych oznacza masę dodatkowej pracy i spore ryzyko - z fiskusem nie ma przecież żartów. Wiele spółdzielni będzie musiało zatrudnić profesjonalną księgową, a to oznacza spore koszty dla raczkującego przedsiębiorstwa.

Powszechnie wskazywany jest też brak mechanizmów, które pozwalałyby spółdzielniom zdobywać środki na bieżącą działalność - dotacja z Urzędu Pracy rozchodzi się bowiem bardzo szybko. Dobrze to podsumowała na łamach prasy Jolanta Nowakowska - wiceprezes Spółdzielni Socjalnej "Będa" w Będzinie: "Dali nam wędkę, ale bez żyłki i haczyka. W żadnym z tych przepisów, na których się opieraliśmy (a jest to kilka kilogramów papieru) nie napisano, skąd takie spółdzielnie, zakładane przez bezrobotnych biedaków, bezdomnych, żyjących często całe lata na garnuszku pomocy społecznej, mają wziąć środki obrotowe na to, żeby rozkręcić biznes". Jan Brzost, który przez pół roku próbował założyć spółdzielnię, dodaje: "Banki nie udzielą żadnego kredytu nowopowstałej spółdzielni, zresztą większość banków nie wyraża nawet zgody na założenie im konta!". Łukasz Konieczny, prezes Spółdzielni Socjalnej "Alternatywa" z Gostynia, opowiada nam jeszcze inną historię. - "Sporym problemem było to, że urząd pracy wymógł na nas rozliczenie dotacji w kwocie netto, i około 3 tysięcy zł na VAT musieliśmy dołożyć z własnych pieniędzy" - wspomina. - "Spółdzielnie socjalne są dla bogaczy, a nie dla osób zarejestrowanych w PUP..." - komentuje Anna Wójcik z grupy inicjatywnej spółdzielni z Jaworzna.

Problem stanowi także "współdziałanie" przepisów o spółdzielniach z innymi aktami prawnymi. Dotacje mogą otrzymać tylko zarejestrowani bezrobotni, ale osoby niepełnosprawne - już nie. Dzieje się tak, bo w świetle innych ustaw nie są bezrobotnymi, lecz "poszukującymi pracy", którym przysługuje najwyżej zwrotna pożyczka z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Spółdzielcy skarżą się też na niekorzystne zasady refundowania kosztów ubezpieczenia społecznego, brak określenia źródła finansowania w początkowym okresie działania... Absurdów, niejasności i przykładów niesprawiedliwości jest więcej. Prawie wszyscy narzekają również na biurokrację - ogromne ilości papierów trzeba wypełnić zanim spółdzielnia zacznie funkcjonować, co niektórych skutecznie zniechęca do tej idei. - "Wysokość składek na ZUS, wszechwładza skarbówki, ilość zmieniających się przepisów, comiesięczne rozliczenia, tony papierów - na tym łatwo zakończyć interes" - podsumowuje Marcin Wawrzyn, który próbował założyć spółdzielnię w Białymstoku.

Spółdzielczość uPUPiona

Wadliwe przepisy to tylko część problemów. Wiele samorządów i urzędów pracy na różne sposoby pomaga spółdzielniom. Gminy mają prawo zlecać im pewne zadania w zakresie m.in. pomocy społecznej czy ochrony środowiska. Spółdzielnie, tak jak organizacje pożytku publicznego, mogą też otrzymywać bezpłatnie lokale na działalność - wszystko to zależy od dobrej woli samorządu. Niestety, równie często - a nawet częściej - spotykają się one na poziomie lokalnym z brakiem wsparcia.

Niejednokrotnie na wysokości zadania nie stają te instytucje, które powinny być najbardziej zainteresowane rozwojem spółdzielczości socjalnej. Nie są zorientowane w kwestiach związanych z ekonomią społeczną, do tego dochodzi zwykła obojętność. - "W PUP w Białymstoku odsyłano mnie z pokoju do pokoju i czułem się tam jak jedyny, który coś wie o spółdzielniach socjalnych... W końcu odesłano mnie do naczelniczki, która powiedziała, że popiera pomysł - ale muszę najpierw z wyprzedzeniem zarezerwować pieniądze, bo oni mogą je przeznaczyć na inne cele" - opowiada Marcin Wawrzyn. - "Urząd Pracy w Dąbrowie Górniczej nieodpłatnie pozwolił nam spotykać się w swojej siedzibie kilka razy na zebraniach organizacyjnych. Jednak później nie wyraził zgody na dalsze spotkania z uwagi na pilne własne potrzeby lokalowe. Początkowo zainteresowanie ze strony tego urzędu było, nawet przychodziła na nasze spotkania pani wicedyrektor. Ale na tym pomoc urzędu się kończyła" - opowiada Jan Brzost.

Spółdzielcy podkreślają, że wiele zależy od życzliwości i kompetencji urzędników. Zdarza się, że postawa jednego urzędnika decyduje o tym, czy ktoś ostatecznie zakłada spółdzielnię, czy "odpuszcza". Obojętność urzędników to jeden z częstszych wątków w historiach spółdzielców. - "W naszych urzędach nie ma ludzi zainteresowanych, aby rzeczywiście pomóc bezrobotnym. Tam się ťodwalaŤ swoją urzędniczą robotę (często spacerując bez celu z pokoju do pokoju) do określonej godziny urzędowania i... do domku" - komentuje Brzost.

Ponadto urzędy oskarżane są o to, że w najbardziej restrykcyjny sposób stosują przepisy o przydzielaniu jednorazowych dotacji dla zakładających spółdzielnie. Szczególnie krytykowana jest praktyka żądania od spółdzielców przedstawienia listy poręczycieli dotacji (choć ustawa tego nie wymaga), co w przypadku osób wykluczonych stanowi często kolosalną barierę. - "My z poręczycielami nie mieliśmy kłopotu, bo poręczali członkowie naszych rodzin. Jednak są osoby, które nie mają rodzin i nie mają poręczycieli i wtedy jest problem. Koło się zamyka..." - opowiada Ł. Konieczny. To szersza kwestia: ponieważ to starosta powiatowy podejmuje decyzję o przydzielaniu tych środków, w oparciu o sformułowane przez siebie w umowie warunki, założenie spółdzielni jest w niektórych miejscach kraju trudniejsze niż w innych.

Urzędnikom zarzuca się także, iż źle rozumieją samą ideę spółdzielczości. Tak uważa grupa z Białegostoku, której nie udało się stworzyć dla siebie miejsc pracy. M. Wawrzyn wspomina: "Część z nas miała pracę na umowę zlecenie lub o dzieło, część studiowała, ktoś był bezrobotny; ja sam od chwili ukończenia szkoły w 2001 r. pracowałem w Polsce 11 miesięcy. Resztę czasu spędziłem jako bezrobotny (zarejestrowany lub nie) oraz zagranicą. Próbowaliśmy założyć spółdzielnię, ale okazało się, że chyba musielibyśmy być bezrobotnymi alkoholikami z wielodzietnych rodzin, najlepiej z jakimś wyrokiem na karku. Więc albo założymy zwykłą spółdzielnię, albo prywatną spółkę - albo nie założymy nic". Nasz rozmówca jest zdania, że takie podejście zablokuje powstawanie spółdzielni: "Jeśli ťzwykły bezrobotnyŤ, nawet jeśli nie pracuje już od kilku miesięcy, nie będzie mógł założyć spółdzielni socjalnej, bo to będzie uznane za szwindel, to w końcu mało kto taką spółdzielnię uruchomi".

Lista skarg zawiera jeszcze m.in. opóźnienia w przekazywaniu dotacji z urzędów pracy (niestety, niezwykle częste) i brak pomocy prawnej. Do Zarządu Krajowego Związku Rewizyjnego Spółdzielni Socjalnych z wielu miejsc kraju płyną informacje o braku środków na dotacje dla założycieli nowych spółdzielni i częściowe refundowanie tworzenia miejsc pracy w już istniejących.

Nie tylko System jest winny

Niektórzy spółdzielcy skarżą się, że próbowali zainteresować swoją działalnością lokalne organizacje pozarządowe, ale te nie odpowiadają. Sprawiają często wrażenie, że są zainteresowane najwyżej organizowaniem szkoleń, jeśli otrzymają na to środki w ramach jakiegoś projektu. Tymczasem pomoc z ich strony jest dla wielu inicjatyw po prostu niezbędna. - "Bez silnego wsparcia organizacji pozarządowej, spółdzielnia socjalna w aktualnych realiach prawnych i finansowych nie ma większych szans na powstanie i przetrwanie. Chcę to podkreślić z całą mocą, gdyż uważam to za czynnik decydujący" - uważa J. Brzost.

Zbyt dużym uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że niedoszli spółdzielcy i upadłe spółdzielnie są wyłącznie niewinnymi ofiarami niedopracowanego systemu wspierania ekonomii społecznej, który kusi nierealnymi obietnicami. Choć każda spółdzielnia potrzebuje wsparcia, na dłuższą metę o sukcesie decydować będą kwalifikacje i żyłka biznesowa jej członków. Specjaliści zwracają uwagę, że aby spółdzielnie miały szanse odnieść sukces na rynku, muszą być oparte na jego realistycznej ocenie i oferować produkt, na który jest zapotrzebowanie. Tak jak inne podmioty gospodarcze, muszą po prostu znaleźć własną niszę. Pocieszające jest to, że istnieją różne potrzeby, którymi niezbyt interesują się silniejsi konkurenci, np. rynek usług socjalnych dla osób starszych i dzieci.

Wreszcie należy pamiętać o tym, że częste są w przypadku spółdzielni wewnętrzne konflikty i problemy komunikacyjne - co nie powinno dziwić, gdyż nierzadko tworzą je osoby "po przejściach".

Konieczne są zmiany

Choć spółdzielczość socjalna stopniowo się rozwija, nadal jest dużo do zrobienia. W rozmowach z ludźmi tego sektora przewija się kilka postulatów odnośnie do zmian w przepisach. Są to m.in. konieczność stworzenia funduszy gwarancyjnych dla zainteresowanych założeniem spółdzielni, przyznawanie dotacji nie poszczególnym członkom, ale samej spółdzielni (która będzie ich poręczycielem) oraz wprowadzanie mechanizmów ułatwiających spółdzielniom uzyskiwanie zleceń od samorządów, np. zniesienie wymogu przetargów.

Zgłaszane są także postulaty zupełnie innego rodzaju. Powszechnie uważa się, że spora część urzędowej pary idzie w gwizdek. Łukasz Konieczny tak opowiada o Pierwszych Spotkaniach Ekonomii Społecznej, które odbyły się w Krakowie pod koniec września. Zdziwiło go to, co zauważył na targach ekonomii społecznej, drugiego dnia spotkań. - "Nasza spółdzielnia była jedyną na tych targach (była jeszcze spółdzielnia socjalna Romów, ale oni mają pieniądze z programu EQUAL i nie powstali oddolnie). Większość stoisk to były stoiska fundacji, stowarzyszeń itp., które nie prowadzą działalności gospodarczej, a z pieniędzy rządowych, samorządowych czy unijnych po prostu zajmują się ekonomią społeczną - cokolwiek to znaczy..." - opowiada. Rzecz jasna wielu członków spółdzielni może nie być zainteresowanych tego typu imprezami, nie mieć czasu lub pieniędzy, by wziąć w nich udział, albo zwyczajnie o nich nie wiedzieć. Jednak opisane zjawisko powinno być sygnałem ostrzegawczym.

Spółdzielcy uważają, że duża część działań, które mają wspierać spółdzielnie, jak np. szkolenia, pomaga im w niewielkich stopniu. - "Państwo czy organizacje pozarządowe powinny mniej pieniędzy wydawać na konferencje, szkolenia czy wykłady, a skupić się na faktycznym wsparciu spółdzielczości socjalnej. Zauważyliśmy, że na teorii o ekonomii społecznej nieźle można zarobić... Ale zazwyczaj z tej teorii niewiele wynika dla samych spółdzielni" - mówi prezes "Alternatywy". - "Fundusze unijne ze względu na długotrwałe procedury uzyskania są nierealne w obliczu w miarę krótkiego czasu rozpoczęcia działalności gospodarczej przez spółdzielnię socjalną. Poza tym i tak nie są one dla spółdzielni socjalnych aktualnie dostępne w żadnym z programów pomocowych. Owszem, na szkolenia na temat jak pisać CV albo z obsługi komputera - pieniądze z UE są. Jednak nie na takie cele potrzeba pieniędzy spółdzielniom socjalnym..." - komentuje J. Brzost.

Zdaniem Ł. Koniecznego, musi zmienić się nie tyle samo prawo, ale podejście instytucji do spółdzielni. Tym bardziej, że jego zdaniem wsparcie przyznawane na założenie spółdzielni wcale nie jest zbyt małe, raczej dostosowane do naszych realiów. - "Jak ktoś ma dobry pomysł na działalność spółdzielni i uzyska np. 5 jednorazowych dotacji, czyli około 35 tys. zł, to powinno wystarczyć na rozpoczęcie pracy" - mówi. Kluczowym zagadnieniem jest co innego: "Dla spółdzielni najważniejsze są zlecenia i każdy, kto zamawia u nas koszulki czy czapki z nadrukami wspomaga naszą działalność. Pieniądze na wsparcie, np. pochodzące z grantów, są potrzebne, jednak obecnie chcemy po prostu jak najwięcej produkować" - deklaruje Konieczny. - "Z gminy i powiatu otrzymaliśmy kilka zamówień na nadruki na koszulkach. Bardzo pomogli nam też księża Filipini ze Świętej Góry w Gostyniu, którzy dali pozwolenie na robienie koszulek z wizerunkiem klasztoru i pomagają w ich sprzedaży, a także zlecili nam zrobienie koszulek z nadrukami dla młodzieży związanej z klasztorem" - mówi. Organizatorzy wspomnianych krakowskich spotkań żadnych okolicznościowych gadżetów zamówić nie chcieli, podobnie część stowarzyszeń czy fundacji, które teoretycznie zajmują się ekonomią społeczną. - "Często słyszę: fajnie, że robicie nadruki na koszulkach, może coś zamówimy i na gadaniu się zazwyczaj kończy... A naszej spółdzielni nie chodzi o poklepywanie po ramieniu, lecz o konkretne zlecenia..." - dodaje Konieczny.

Wielu spółdzielców ma podobne podejście. Przekonują, że wcale nie oczekują od nikogo pieniędzy, w każdym razie nie "za nic". Dużym wsparciem byłoby zlecanie im dostarczania produktów i usług, np. przez samorządy. W większości nie oczekują cudów. Chcą po prostu, żeby stworzono system, w którym ludzie przedsiębiorczy będą mogli sami na siebie zarabiać - nawet jeśli mają bardzo utrudniony start.

Autor publikacji: Michał Sobczyk, źródło: nowyobywatel.pl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Wszystkie zasady ich używania wraz z informacjami o sposobie wyrażania i cofania zgody na używanie cookies, opisaliśmy w Polityce Prywatności. Korzystając z serwisu akceptujesz jej postanowienia.